Oskar Minge. Codziennie.

Jeszcze chwilę temu imponowało nam, że komputer potrafi wygrać z człowiekiem w szachy. Dzisiaj komputer napisze za nas maila, zrobi prezentację, poprawi zdjęcie, zaprojektuje logo, przetłumaczy tekst, podpowie strategię marketingową, przeanalizuje sprzedaż, stworzy muzykę, a przy odpowiednio dobrym promptowaniu prawdopodobnie jeszcze wytłumaczy nam, dlaczego od trzech lat odkładamy wizytę u dentysty.

I właściwie wszystko jest pięknie. Problem zaczyna się wtedy, kiedy oprócz pracy oddamy mu również własne zdanie.

Technologia zawsze była po to, żeby człowiek mógł zrobić więcej. Koło pozwoliło przewieźć więcej, kalkulator policzyć szybciej, internet znaleźć informację bez chodzenia do biblioteki. Smartfon sprawił, że mamy w kieszeni aparat, mapę, telewizor, gazetę, sklep, bank i kilkanaście osób przekonujących nas codziennie, że koniecznie potrzebujemy kolejnej butelki z elektrolitami.

Sztuczna inteligencja jest po prostu kolejnym etapem. Tyle że tym razem nie automatyzujemy wyłącznie naszych rąk.

Automatyzujemy kawałek głowy.

I tu robi się ciekawie.

Nie pytam już, czy AI czegoś potrafi

Na co dzień pracuję z technologią bardzo dużo. Marketing, grafika, e-commerce, fotografia, strategia, tworzenie treści — w praktycznie każdym z tych obszarów sztuczna inteligencja potrafi dziś zrobić coś, co jeszcze niedawno wymagało człowieka. Niektóre rzeczy robi świetnie, niektóre przeciętnie, a niektóre wykonuje z taką pewnością siebie, że człowiek przez chwilę zaczyna zastanawiać się, czy przypadkiem to on nie jest idiotą. To swoją drogą bardzo ludzka cecha.

Dlatego coraz rzadziej interesuje mnie pytanie: „Czy AI potrafi to zrobić?” Oczywiście, że potrafi. Znacznie ciekawsze jest inne: „Czy ja powinienem pozwolić jej zrobić to za mnie?”

Bo to nie jest to samo. Mogę poprosić sztuczną inteligencję o napisanie tekstu, wymyślenie opinii, znalezienie argumentów. Mogę nawet powiedzieć: „napisz mi, co powinienem o tym myśleć”. I właśnie w tym miejscu zaczyna się granica, której nie chciałbym przekroczyć.

Boję się nie tego, że maszyna będzie za mądra

Od miesięcy słyszymy dyskusje o tym, czy AI zabierze ludziom pracę. Pewnie część zabierze. Tak jak fotografia cyfrowa zmieniła rynek fotografii, internet prasę, streaming muzykę, a samochód nie był szczególnie dobrą wiadomością dla producentów bryczek.

Technologia nie pyta o zgodę. Po prostu przychodzi.

Znacznie bardziej interesuje mnie jednak coś innego. Nie boję się szczególnie świata, w którym sztuczna inteligencja będzie bardzo mądra. Bardziej boję się świata, w którym człowiek przestanie uważać za potrzebne bycie mądrym.

Bo po co pamiętać, skoro można wyszukać? Po co liczyć, skoro można zapytać? Po co pisać, skoro program napisze? Po co się zastanawiać, skoro algorytm poda odpowiedź? I w końcu: po co mieć własne zdanie, skoro można wygenerować takie, które brzmi najbardziej przekonująco?

To jest dla mnie prawdziwie interesujący moment tej technologicznej rewolucji. Nie wtedy, kiedy maszyna zaczyna robić rzeczy podobnie do człowieka, tylko wtedy, kiedy człowiek zaczyna dobrowolnie rezygnować z robienia rzeczy, które przez lata rozwijały jego człowieczeństwo.

Można mieć Ferrari i dalej nie umieć jeździć

Sztuczna inteligencja jest dziś trochę jak samochód o absurdalnej mocy. Możesz dzięki niej dojechać dużo szybciej. Możesz też znacznie szybciej wjechać w ścianę.

Samo posiadanie narzędzia nie czyni nikogo specjalistą. Photoshop nie zrobił z każdego grafika. Smartfon z dobrym aparatem nie zrobił z każdego fotografa. Canva nie stworzyła kilku miliardów dyrektorów artystycznych. I ChatGPT nie sprawi automatycznie, że wszyscy staną się geniuszami strategii.

Narzędzie wzmacnia użytkownika. Jeżeli wiesz, czego szukasz, może być niewiarygodnym przyspieszeniem. Jeżeli nie wiesz — może po prostu produkować błędy dużo szybciej niż wcześniej.

To zresztą jedna z rzeczy, których nauczyłem się podczas pracy z AI: im więcej sam wiem na dany temat, tym lepsze rezultaty potrafię z niej wyciągnąć. Paradoksalnie więc technologia, która miała sprawić, że nie trzeba będzie wszystkiego wiedzieć, jeszcze bardziej premiuje ludzi, którzy jednak wiedzą.

Bo potrafią zauważyć bzdurę.

Największym luksusem będzie autentyczność

Internet przez lata demokratyzował możliwość publikowania. Każdy dostał mikrofon. AI sprawia teraz, że każdy dostaje dodatkowo copywritera, grafika, tłumacza, montażystę i małą agencję reklamową mieszkającą w telefonie.

Efekt? Treści będzie niewyobrażalnie dużo. Poprawnej treści. Ładnej treści. Profesjonalnej treści. I bardzo często kompletnie bez znaczenia.

Dlatego mam wrażenie, że największą wartością następnych lat nie będzie perfekcja. Będzie nią człowiek. Charakter. Błąd. Specyficzne poczucie humoru. Zdanie, którego algorytm nie wygenerował dlatego, że było najbardziej prawdopodobnym kolejnym zdaniem.

Coś prawdziwego.

Nie jestem fanem świata wypolerowanego do tego stopnia, że wszystko zaczyna wyglądać identycznie. Marki mówią tym samym językiem, ludzie używają tych samych zwrotów, filmy mają te same przejścia, zdjęcia te same kolory. A później wszyscy zastanawiają się, dlaczego nikt ich nie pamięta.

Może właśnie dlatego.

AI powinna zabierać nam nudę, nie osobowość

Nie należę do ludzi, którzy chcieliby zatrzymać rozwój technologii. Wręcz przeciwnie. Uwielbiam narzędzia, które pozwalają szybciej przejść od pomysłu do efektu. Jeśli program może wykonać za mnie monotonną pracę trwającą trzy godziny — fantastycznie. Nie czuję potrzeby romantyzowania ręcznego przepisywania tabel.

Ale czas, który dzięki temu odzyskujemy, powinien służyć do robienia rzeczy bardziej ludzkich: do myślenia, rozmowy, tworzenia, uczenia się, wymyślania rzeczy, których wcześniej nie było.

Technologia powinna usuwać tarcie.

Nie człowieka.

Dlatego nie chciałbym nigdy znaleźć się w miejscu, w którym AI zacznie zastępować moje decyzje zamiast pomagać mi je podejmować. Różnica jest ogromna.

Być może za kilka lat będzie to przewaga konkurencyjna

Dzisiaj wszyscy zachwycają się szybkością generowania. Ja podejrzewam, że za jakiś czas zaczniemy bardziej doceniać coś odwrotnego: świadomość, selekcję i umiejętność powiedzenia „nie”.

Nie publikuję tego, mimo że mogę. Nie używam tego pomysłu, mimo że algorytm twierdzi, że powinien działać. Nie zmieniam zdania tylko dlatego, że pięć modeli językowych podało mi pięć elegancko brzmiących argumentów.

Mam własne.

I jestem gotowy je zmienić, kiedy pojawią się lepsze fakty — a nie wtedy, kiedy pojawi się ładniej napisany akapit.

Może właśnie to będzie kiedyś luksusem. Nie dostęp do informacji, bo informacji będziemy mieli nieskończenie dużo. Luksusem będzie umieć odróżnić informację od wiedzy, wiedzę od mądrości, a własne zdanie od tekstu, który tylko brzmi tak, jakby ktoś rzeczywiście coś przemyślał.

I dlatego nadal piszę

Mógłbym oczywiście zakończyć ten tekst efektownym zdaniem wygenerowanym przez sztuczną inteligencję. Prawdopodobnie byłoby lepsze stylistycznie. Miałoby rytm. Może nawet metaforę.

Ale byłoby trochę nie w porządku.

Więc zakończę po swojemu.

Nie martwi mnie, że maszyny będą coraz bardziej przypominały ludzi.

Bardziej interesuje mnie, czy ludzie w tym samym czasie nie zaczną coraz bardziej przypominać maszyn.

I chyba warto tego pilnować.

Codziennie.

Oskar Minge